4 lut 2013

Legenda o procesji stu duchów

W okolicach Kyoto, w cieniu drzew kamforowych, stała niegdyś skromna świątynia z nie ciosanego drzewa. Mieszkało przy niej kilku kapłanów. Ich codziennym głośnym modlitwom wtórowało zwykle gruchanie dzikich gołębi. Liczne rzesze wiernych ściągały do świętego przybytku, składając w ofierze ciastka, oliwę i żywe ptaki.

Pewnego razu na świątynię ową napadli bandyci, wymordowali kapłanów, zrabowali wszystkie skarby i uszli w niedostępne góry. Odtąd ludzie przestali tu zaglądać i nawet kapłani bali się przebywać w świątyni. Budynek stał opuszczony i samotny, dzikie zielsko pięło się po jego ścianach, pokrytych pajęczyną i pleśnią. Chodziły słuchy, że jest to siedziba nie tylko nietoperzy i jadowitych pająków, lecz także duchów i potworów, chociaż nikt ich nigdy nie widział.

W owych czasach żył słynny malarz japoński Tosa Mitsunobu. Lubił on malować przeróżne stwory. demony, karły, duchy i inne dziwadła. Któregoś dnia, wędrując od miasteczka do miasteczka, znalazł się w okolicach Kyoto. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy Mitsunobu napotkał gromadę wieśniaków, Z przejęciem słuchali oni opowiadania pewnego mnicha-pielgrzyma, który widział podobno duchy w opuszczonej świątyni. Tegoż samego wieczora Tosa Mitsunobu udał się do tajemniczej siedziby duchów. Daremnie jednak czekał na ich zjawienie się, Tylko jęk puchaczy i granie świerszczy mąciły ciszę głębokiej nocy. Nad ranem, gdy przez szpary okiennic przeniknęły pierwsze promienie słońca, rozczarowany malarz otworzył drzwi świątyni. Jasność dnia w jednej chwili wypełniła mroczny, ponury przybytek. Malarz powiódł dokoła zmęczonym wzrokiem... I nagle oniemiał z zachwytu: ze ścian wychylały się ku niemu niesamowite postacie duchów i dziwadeł. Zdawało się, że suną w długiej procesji. Uradowany Mitsunobu zaczął szkicować pospiesznie. Zapominajac o całym świecie, aż do wieczora szedł bliżej, by dokładnie zbadać ściany, na których widział lekko zarysowane fantastyczne kontury. Ku wielkiemu zdziwieniu zobaczył jednak tylko duże plamy wilgoci i szarozieloną pleśń. Tosa Mitsunobu zrozumiał, że jedynie blask słońca nadawał owym plamom pozór twarzy i postaci. W ten sposób powstało jedno z arcydzieł malarstwa japońskiego.

matta ne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz