3 lis 2026

Ching Shih


Ching Shih była niegdyś prostytutką, która porzuciła najstarszy zawód świata, stając się na początku XIX wieku jedną z najgroźniejszych kobiet – piratem na całym morzu Południowochińskim. Pod jej dowództwem Flota Czerwonej Flagi urosła w siłę. Zaczynała od tradycyjnego łupienia mniejszych jednostek, poprzez egzekwowanie wszelakich danin od kupców, po plądrowanie i grabienie miast wzdłuż wybrzeży. Była nie do pokonania. Ostatecznie po wielu negocjacjach, otrzymała amnestię od chińskiego rządu, utrzymując swoje bogactwa i wpływy.

Niewiele wiadomo o wczesnym życiu Ching Shih. Wiadomo, że naprawdę nazywała się Shi Yang Gu i urodziła się w chińskiej prowincji Guangdong. Pracowała jako prostytutka w jednym z portowych domów publicznych w Kantonie. Jej życie nagle się zmieniło w 1801 roku, gdy w wieku 26-lat Shi została porwana przez ludzi Zheng Yi – mającego sławę chińskiego pirata. Miał on potężną flotę i sporów łupów. Zheng Yi nie tyko lubił napadać i plądrować statki czy miasta, ale był też kobieciarzem. Po pół roku zaproponował jej małżeństwo, w zamian Ching chciała mieć połowę zysków z łupów. Niebawem stanęła u boku jednego z najstraszliwszych piratów Dalekiego Wschodu.


Obydwoje zjednoczyli w jeden obóz, konkurujące dotychczas ze sobą kantońskie floty pirackie. W przeciągu sześciu lat jej flotylla rozrosła się z 200 do 600, a ostatecznie do 1500 jednostek, na których służyło 60 tysięcy ludzi. Tym samym stała się jedną stając się z jednej z najpotężniejszych flot pirackich, Od tej pory była znana w Chinach jako Flota Czerwonej Flagi. Wpływy tej potężnej armady rozciągały się od wysp Malezji aż do Półwyspu Koreańskiego.

16 listopada 1807 roku podczas tajfanu zginął na morze jej mąż Zheng Yi. Ching Shi czyli „Wdowa po Zhengu” stanęła osobiście sama na czele floty. Ponadto zmusiła 21-letniego pasierba Chang Pao do pomaganiu jej w zarządzaniu flotą. Pao szybko zyskał jej uznanie, zostając jej zastępcą. Osiągnął to dzięki inteligencji, odwadze i umiejętnościom walki. Jej flota dopuszczała się wszelkich pirackich czynów – od tradycyjnego łupienia mniejszych jednostek, przez egzekwowanie wszelakich danin od kupców, po plądrowanie i grabienie wiosek wzdłuż wybrzeża. Była kapitanem z charakterem, bezlitosna, ale sprawiedliwa. Wśród swoich podwładnych wprowadziła żelazną dyscyplinę. Za nieposłuszeństwo rozkazom dowódców floty, rabowanie miast, które regularnie płaciły trybut piratom, oraz gwałcenie pojmanych kobiet groziła kara śmierci. Za próbę ucieczki karano ucięciem ucha.


Państwa posiadające kolonie na dalekowschodnim morzu, poczuły się zagrożone działalnością Ching Shih. Aby chronić swoje strefy wpływów Brytyjczycy, Portugalczycy i Chińczycy pod przywództwem cesarza Quinga zawarli ze sobą sojusz, w celu zwalczania piractwa. Jednak sprzymierzeńcy ugięli się przed piracką armadą. W 1808 roku u wybrzeży Guadong połączona flota chińsko-portugalska doznała klęski. Flota Ching zdobyła 63 chińskie okręty z załogami. Jeńcy postawiono ultimatum albo dołączą do niezwyciężonych piratów lub też poniosą śmierć. Większość przyłączyła się do Ching. Jeden z dowódców chińskiej floty – Kwo Lang po druzgocącej porażce popełnił samobójstwo.

Piracka armada wciąż rosła w siłę. Po kolejnych przegranych cesarz ogłosił w 1810 roku amnestię. Ching Shih udała się do rezydencji gubernatora generalnego Kantonu, Zhang Bai Linga, aby pertraktować. Gubernator obawiając się kolejnych ataków, przystał na niemal na wszystkie warunki. Ching i większość załogi w zamian za pokój i porzucenie piractwa, otrzymała całkowitą amnestię. Zachowała również cały swój majątek. Ponadto obiecano, że każdy z jej członków załogi mógł mógł wstąpić do chińskiej cesarskiej marynarki wojennej. 

W wieku 35 lat przeszła na „emeryturę”. Mimo pirackiej przeszłości otrzymała tytuł szlachecki – stając się „Panią mocą cesarskiego dekretu”. Po jakimś czasie wyszła za mąż za swojego pasierba – Changa Po, który także porzucił pirackie zajęciem. Ching Shih założyła kasyno i dom publiczny w Kantonie. Zmarła w 1844 roku w wieku 69 lat.

Odkrycie piwa sprzed 5 tys. lat


Chińscy archeolodzy podczas prac wykopaliskowych w prowincji Shaanxi odkryli pozostałość prawdopodobnie najstarszego browaru w Chinach sprzed ok. 5 tys. lat. Natrafili na naczynia i narzędzia, który służyły do warzenia piwa. Badaczom udało się odtworzyć także dawny przepis na piwo, który zawierał m.in. jęczmień. To oznacza, że w Chinach jęczmień zaczęto uprawiać znacznie wcześniej niż do tej pory uważano.

Do okrycia doszło w miejscowości Mijiaya nad rzeką Wei He w pobliżu miasta Xi’an w prowincji Shaanxi w środkowych Chinach. Podczas prac archeologicznych znaleźli ziemianka o głębokości 3,7 m. Wewnątrz znajdywały się fragmenty trzech różnych typów naczyń.

Mijaya miejsce, w którym znaleziono chiński browar

Naczynia i narzędzia

Były to garnki o szerokim wylewie, lejki oraz amfory jiandiping. Znalezione naczynia wskazują, że służyły do warzenia, filtrowania i przechowywania wyprodukowanego piwa. Ponadto natrafiono na rodzaj ceramicznych piecyków, które podczas warzenia utrzymywały stałą temperaturę.

Na wcześniej wspomnianych fragmentach naczyń znaleziono żółty nalot, postanowiono je dokładnie zbadać, poddając je mikroskopowych i chemicznym analizom. Wyniki analiz i badań wykazały, że piwo było warzone z roślin m.in. prosa zwyczajnego, jęczmienia i łzawicy ogrodowej. To oznacza, że jęczmień był uprawiany w Chinach tysiąc lat wcześniej niż do tej pory sądzono, a jednocześnie odnaleziono prawdopodobnie najstarszych browar w tym kraju.


Najstarsze wzmianki o warzeniu piwa w Chinach pochodzą z lat ok. 1250-1046 r. p.n.e, czyli z okresu schyłku panowania dynastii Shang. Z tego okresu również pochodził przepis na piwo, która zawierał użycie jęczmienia, słodu pszennego i z prosa. Wcześniej jednak podejrzewano, że piwo było dużo wcześniej warzono, już w okresie chińskiej neolitycznej kultury Yangshao (ok. 5000-2900 p.n.e.). Najnowsze odkrycie i stanowisko datowane na okres 3400-2900 lat p.n.e., zdaje się potwierdzać te przypuszczenia.

Zdaniem badaczy warzono piwo odegrało dużą rolę w tworzeniu społeczności na tych terenach. – Produkcja i konsumpcja piwa Yangshao mogła mieć duży wkład w powstanie hierarchicznych społeczności na Centralnej Równinie, w regionie znanym jako „kolebka chińskiej cywilizacji” – powiedział Jiajing Wang z Uniwersytetu Stanforda, autor badania. Udało się naukowców odtworzyć przepis na piwo.

Odkrycie też pokazuję, że w Chinach zboże było pierwotnie uprawiane dla produkcji alkoholu, później dopiero na pożywienie. Piwo było istotnym elementem diety dawnej kultury.

Dangun Wanggeom


Według koreańskiej mitologii półbóg Dangun Wanggeom znany również jako Tangun, był legendarnym założycielem Gojoseon – pierwszego w historii królestwa koreańskiego w południowej Mandżurii, w dorzeczu rzek Liao i Taedong. Miało się to stać w 2333 roku p.n.e. w czasach, gdy Chinami rządził cesarz Yao. W koreańskiej kulturze Dangun uznawany za praprzodka Koreańczyków.

Pierwotnie nazwa królestwa brzmiała Joseon („Ziemia Porannej Ciszy”), lecz w późniejszym okresie historycy zaczęli nazywać ten okres Gojoseon lub Dawny Joseon w celu odróżnienia go od późniejszych Wiman Joseon i Gija Joseon. Źródła chińskie podają, że Gojoseon (Kraj Porannej Ciszy, kor. 조선, hanja: 朝鮮) traktowane było jak królestwo (chiński: 國; pinyin: guó) od początku IV w p.n.e., co zbiega się z nadejściem epoki żelaza w Korei. Są dowody archeologiczne związane z kulturą Gojoseon, m.in. sztylety z brązy w kształcie mandoliny oraz megalityczne budowle dolmeny.

Mit o Dangunie, zapisany został dopiero w XIII wieku n.e. w księgach Samguk Yusa („Pamiątka Trzech Królestw”) oraz Jewang Ungi („Rymowanka Kroniki Władców). Legenda o Dangunie zaczyna się od wprowadzeniem od jego dziadka Hwanina oraz jego Hwan-unga.

Księga „Pamiątka Trzech Królestw” znajdujący się w w Seul w Narodowym Uniwersytecie Kyujanggak

Legenda głosi, że władca niebios Hwanin miał syna o imieniu Hwanung, który pragnął zakosztować życia wśród ludzi i rządzić własną ziemią. Wedle z jednej z interpretacji Hwan-ung był najmłodszy synem i nie miał mniejszych szans na objęcie tronu po ojcu. Związku z tym władca niebios postanowił wybrać synowi dogodne miejsce. Spośród trzech wielkich pasm górskich Hwanin wybrał góry Taebaek jako najodpowiedniejsze miejsce dla swego syna. W niektórych wersjach opowieści była to góra Paektu („Baektu”) na pograniczu dzisiejszej Chin i Korei Północnej. Zezwolił mu się tam osiedlić, zaopatrzywszy go wprzódy w trzy niebiańskie pieczęcie.

Widok na szczyt Taabeaksan 


Hwanung zstąpił na ziemię, na szczyt Taebaeksan, gdzie rosła czarna brzoza, a przywiódł ze sobą 3 tys. podwładnych, mistrza wiatrów, mistrza deszczu i mistrza obłoków. Przybrał miano niebiańskiego króla, a swą siedzibę nazwał boskim miastem. Nauczył ludzi m.in. uprawy roli, leczenia chorób, nauki, sztuki, w sumie ponad trzystu sześćdziesięciu umiejętności. Sprawił, że poznali, co to prawo i przyjęli głoszone przez niego zasady moralne. Tym samym Hwanung rozwinięta cywilizację.

W pobliskiej żyły na tych terenach tygrysica i niedźwiedzica, które modliły się by Hwanung, pomógł im przybrać ludzką postać. Niebiański król postanowić poddać zwierzęta próbie. Dał każdej wiązkę piołunu i dwadzieścia ząbków czosnku zalecając, by żywiły się tym i przez 100 dni nie wychodziły na światło słoneczne. Tygrysica nie wytrzymała zbyt długiego pobytu w ciemnej pieczarze, wyskoczyła na zewnątrz i pozostała nadal zwierzęciem. Cierpliwa niedźwiedzica, wykonując ściśle królewskie zalecenia, po 21 dniach przemieniła się w piękną kobietę o imieniu Ungnyeo.

Ungnyeo (kobieta niedźwiedź) była bardzo wdzięczna Hwanungowi. Jednak z czasem poczuła się samotna, ponieważ brakowało jej towarzystwa. Pragnęła mieć dziecko i modliła się o nie pod świętym drzewem sandałowym. Hwanung ponownie ulitował się nad nią.

Przybrał ludzką postać i spłodził z nią syna. Nadano mu imię Tangun Wanggeom. Założył on państwo Joseon, a za swą siedzibę obrał Pjongjang. Przeniósł potem swą stolicę do Asadal w górach Taebaek. Panował przez 1500 lat, a gdy miał 1908 lat, został bóstwem gór i był nieśmiertelny.

Mapa królestwa Gojoseon

Istnieje obszerna literatura dotycząca interpretacji różnych aspektów tego mitu, a także samego imienia jego bohatera. W etnogenezie narodu koreańskiego znaczącą rolę odegrali przybysze z północy — z terenów Syberii i Mandżurii. Mit o Tangunie, zrodzonym ze związku syna władcy Niebios, Hwanunga, z Ungnjo, niedźwiedzicą przemienioną w kobietę, świadczyć może o istnieniu wśród Protokoreańczyków kultu niedźwiedzia. Może to też być świadectwem zwycięstwa klanu, którego totemem był niedźwiedź, nad klanem, którego totemem był tygrys.

Z analizy innych mitów koreańskich wynika, że obok niedźwiedzia i tygrysa oddawano w Korei cześć również innym istotom żywym. Można tu wymienić węża, smoka, dżdżownicę, konia i koguta. Żadne jednak nie ma tak bogatej ikonografii ani nie występuje w tak wielu legendach jak tygrys. Uważano, że wcielić się w niego może bóstwo gór, nazywano go też „księciem gór”, a zwykle przedstawiany był jako wysłannik groźnego i wszechmocnego Sansina. Przez wiele wieków realnie zagrażał życiu mieszkańców Półwyspu, był dla nich symbolem odwagi, siły, ale i chytrości. Jego wizerunki umieszczano na amuletach mających odganiać złe moce.

Obecnie Dangun/Tangun uważany jest za praprzodka Koreańczyków, a może nawet za praprzodka całej ludzkości. Do niedawna w Korei Południowej liczono lata od momentu założenia państwa Joseon przez Tanguna, a więc od 2333 r. p.n.e. Obok daty według kalendarza zachodniego podawano rok ery Tanguna. Na przykład 1988 rok był 4327. rokiem ery Tanguna. Jednym ze świąt państwowych w Republice Korei jest 3 października, „dzień, w którym otwarły się niebiosa„.

Bonsai, które przetrwało Hiroszimę


Na zdjęciu drzewko bonsai liczące ponad 400 lat, które przetrwało atak bomby atomowej na Hiroszimę w 1945 roku. Zostało posadzono w 1625 roku i należało od pokoleń do rodziny Yamaki, mieszkającej niedaleko Hiroszimy. 6 sierpnia 1945 roku, gdy spadła bomba rodzina mieszkała 3 km od miasta. Szczęśliwie przeżyła atak i nikt z jej członków nie odniósł większych obrażeń. 

W 1976 roku mistrz bonsai Masaru Yamaki podarował drzewko muzeum Narodowemu Arboretum Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie, w którym pielęgnuje się rzadkie okazy drzew i krzewów. Muzeum nie było świadome historii drzewka, które ujrzało światło dzienne w 2001 roku, gdy je odwiedzili Shigeru oraz Akira, czyli wnuki pana Yamaki. Obecnie drzewo wciąż rośnie i jest nie tylko jest symbolem pokoju, ale i życia.

Grunt to przetrwanie - drzewko żyj nam długo, bo twoje istnienie dowodzi, iż sile natury, w której do szczęścia ludzkości nie potrzebna jest

Masakra w Mỹ Lai


16 marca 1968 roku, do wietnamskiej wioski Mỹ Lai wkroczyli amerykańscy żołnierze kompanii „Charlie” z 23. Dywizji Piechoty. Zdaniem doniesień wywiadu w wsi mieli ukrywać się partyzanci Wietkongu. Jednak informacja okazała się błędna. W wiosce znajdowali się sami bezbronni ludzie: starcy, kobiety, dzieci i niemowlęta. Z rozkazu dowódcy por. Williama Calleya, żołnierze dokonali mordu na cywilach. Wedle różnych szacunków zginęło ok. 300-500 osób. Wiele ofiar wcześniej torturowano i zgwałcono. Pomimo oficjalnego śledztwa, sprawa była tuszowana przez młodego oficera Collina Powella, przyszłego sekretarza stanu Stanów Zjednoczonych. Jednak dzięki niezależnemu śledztwo dziennikarskiemu ujawniono pełne informacje o masakrze, która wywołała oburzenie na całym świecie i przyczyniła się do spadku publicznego poparcia dla wojny wietnamskiej w USA.

Tło wydarzenia
Kompania „C” 1. batalionu 20 Pułku Piechoty z 11 Brygady Piechoty przybyła do Wietnamu w grudniu 1967 roku. W trakcie pierwszych trzech miesięcy, żołnierze nie mieli bezpośredniego kontaktu z siłami północno-wietnamskimi. Jednak do połowy marca odnioso 28 strat w ludziach w wyniku udziały min i pułapek. Kompania straciła m.in. lubianego w oddziale sierżanta, przez co żołnierze stali się bardzo wrogo nastawieni do Wietnamczyków. W międzyczasie 30 stycznia 1968 roku, ruszyła „Ofensywa Tết” – ofensywa Armii Wietnamu Północnego i Wietkongu. Nastąpiła w okresie wcześniej zapowiedzianego zawieszenia broni podczas radośnie obchodzonego Nowego Roku Księżycowego. Zarówno Północny jak i Południowy Wietnam zapowiedziały przez radio dwudniowe zawieszenie broni z okazji święta. Wietkong złamał porozumienie, przypuszczając atak właśnie w dniu Tết Nguyên Đán. Jej celem był zaatakowanie najważniejszy baz i przeniesienie walk do miast.

Na przełomie lutego i marca 1968 roku, amerykańskie dowództwo chciało powstrzymać północ-wietnamską ofensywę i przejąć inicjatywę. Postanowiono zniszczyć 48 batalion Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu. Południowowietnamska prowincja Quảng Ngãi była podejrzewana o sprzyjanie Wietkongowi. Nieformalnie określana przez wojskowych amerykańskich mianem „Pinkville”, prowincja była często bombardowana i ostrzeliwana. Do 1968 roku niemal wszystkie domy w prowincji zostały zniszczone lub uszkodzone. Dowództwo zachęcało żołnierzy do podwyższania strat ludzkich przeciwnika, aby stwarzać wrażenie sukcesu wojskowego. Stosowano sprzyjającą eskalacji konfliktu zasadę: „wszystko co nie jest martwe lub białe, jest Wietkongiem”. W czasie wojny wietnamskiej, wysokie straty wśród cywilów wywoływały rosnącą niechęć do Amerykanów. a partyzantka Wietkongu była niejednokrotnie goszczone przez ludność cywilną. Żołnierze amerykańscy, nie mogąc się uporać z nieuchwytnym przeciwnikiem, obawiając się wszędzie zasadzek i mając świadomość malejących szans na wygranie wojny, byli bardziej skłonni do stosowania represji wobec wietnamskiej ludności cywilnej.


Przebieg wydarzeń
Na początku marca 1968 roku, amerykański wywiad doniósł, że wsi Mỹ Lai, w prowincji Quảng Ngãi, ukrywają się partyzanci Wietkongu. Rankiem 16 marca 1968 roku, przybyli żołnierze kompanii „Charlie, jednak w wiosce nie znaleziono żadnych partyzantów. Początkowo mieszkańcy nie uciekali na widok nadlatujących helikopterów, ponieważ już wcześniej widywali tutaj Amerykanów poszukujących partyzantów, którzy nie sprawiali problemów. Jednak tym razem żołnierze byli psychicznie nastawienie do konfrontacji.

Dowódca kompanii por. Williama Calleya wydał rozkaz do ataku, jako pierwszy zastrzelił starszego człowieka. Reszta żołnierzy kompanii rozbiegała się do chat i zaczęła spędzać mieszkańców do 1,5-metrowego rowu melioracyjnego, częściowo wypełnionego wodą, później dokonali egzekucji na ok. 70-80 cywilach. Następnie wchodzili do każdy zabijając każdego, kogo spotkali, nie oszczędzając nikogo. Mordowano starców, kobiety, dzieci, a nawet niemowlaków

Ofiary przed śmiercią były torturowano, a wiele kobiet zgwałcono. Wiele ciał miało wyryte bagnetami literę “C” – pierwszą literę nazwy kompanii. Według danych, liczba zamordowanych różni się w dostępnych źródłach, ale najczęściej padają liczby 347 lub 504 osób. Sam dowódca kompanii, zastrzelił osobiście 22 osób, w tym 2-letnie dziecko.

Nie wszyscy żołnierze postanowili uczestniczyć w zbrodni. Latynoski sanitariusz George Garza uratował 6-letniego chłopca z przestrzelonym ramieniem i starannie bandażuje mu ranę. Kolejna dwójka Afroamerykanów Harry Stanley i Herbert Carter znalazła w bunkrze kolejnego chłopca, każąc mu siedzieć cicho i by się nie ruszał. Robert Maples odmawia wykonania rozkazu strzelanie do cywili. Dowódca kompanii mierzy do niego z karabiny, lecz koledzy go osłaniają

Tego dnia również, amerykański pilot Hugh Clowers Thompson, krążący helikopterem nad Mỹ Lai, w przeciwieństwie do swoich kolegów zachował człowieństwo. Thompson był ochotnikiem, uważany za świetnego pilota, miał opinię agresywnego awanturnika. Jednak w powietrzu przestrzegał zasad. Jeśli ludzie na ziemie nie są uzbrojeni, nie wolno otwierać do nich ognia. Chorąży Thompson prowadził jako pilot lekkiego śmigłowca OH-23 misję zwiadowczą w tym rejonie. Thompson sądził początkowo, że oddziały amerykańskie są obecne w wiosce, aby chronić miejscową ludność. Z góry spostrzegał, jak kapitan piechoty podchodzi do wietnamskiej kobiety, kopie ją i zabija jednym strzałem. Potem na wschodnim krańcu Mỹ Lai dostrzegł rów melioracyjny wypełniony ciałami. Byli tam wciąż ranni cywile. Parę metrów dalej amerykańscy żołnierze spokojnie palili papierosy. Po chwili obserwator jego śmigłowca Glenn Andreotta zameldował, że widzi jak amerykański sierżant strzela do ludzi siedzących w jakimś zagłębieniu terenu. Gdy Thompson dostrzegł grupę żołnierzy 2. plutonu biegnącą za kilkunastoma wieśniakami z dziećmi uciekającymi do prymitywnego schronu.

Gdy zorientował się, że oddziały amerykańskie popełniają oczywistą zbrodnię wojenną, strzelając do bezbronnych cywilów. Thompson postanowił interweniować wraz z pozostałymi dwoma członkami załogi: Lawrencem Colburnem i Glennem Andreottą. Wylądowali śmigłowcem na polu żołnierzami kompanii „Charlie” i Wietnamczykami. Pod groźbą otwarcia ognia z karabinów maszynowych śmigłowca do obecnych na miejscu żołnierzy amerykańskich. Thompson poderwał maszynę. Kończyło się paliwo, lecz gdy śmigłowiec przelatywał nad rowem pełnym ciał, Andreotta wołał, że widzi wśród zabitych jakiś ruch. Thompson wylądował nieopodal. Andreotta i Colburn podeszli do rowu. Przerzucając zakrwawione, porozrywane pociskami ciała, znaleźli trzyletnie dziecko pokryte krwią. Było całe, to była krew jego bliskich. Andreotta ułożył zszokowanego malca na swoich kolanach. Thompson zażądał od oficerów dowodzących na miejscu, wyższych od niego stopniem, powstrzymania dalszej masakry. W tym czasie żołnierze amerykańscy przygotowywali się do wysadzenia w powietrze chaty z rannymi Wietnamczykami, ale zaprzestali. Thompson wezwał załogi śmigłowców, by pomogły mu wywieźć pozostałych Wietnamczyków wioski. Kolejni dwaj piloci Danny Millians i Brian Livingston wylądowali na polu, zabierając na pokład dwóch mężczyzn, dwie kobiety, kilkoro dzieci i wywożąc ich parę kilometrów za Mỹ Lai. Ekipa Thompona uratowała wiele osób, w tym rannych. Nad rowem pełnym ciał ofiar oprawcy palili papierosy i jedli suchy prowiant. Po powrocie do bazy Thompson powiadomił swoich przełożonych o masakrze. Za swój heroiczny czyn 30 lat później trzej amerykańscy lotnicy otrzymali najwyższe wojskowe odznaczenie za odwagę wykazaną w sytuacji braku bezpośredniego kontaktu z wrogiem – Soldier’s Medal. Glenn Andreotta został odznaczony pośmiertnie, gdyż zginął w Wietnamie 8 kwietnia 1968 r., miesiąc po wydarzeniach w Mỹ Lai.


Tuszowanie sprawy
Amerykański rząd nie chciał, by informacje masakrze przedostały się do opinii publicznej. Początkowo śledztwo w sprawie masakry zostało podjęte przez płk. Orana Hendersona z 11 Brygady. Sześć miesięcy później żołnierz z 11 Dywizji Lekkiej Piechoty, 21-letni żołnierz Tom Glen, napisał list oskarżający kompanii „Charlie” i inne odziały wojskowe, o zamierzoną brutalność wobec wietnamskiej ludności cywilnej. Szczegóły listu były tak przerażające, że jego treść zyskała rozgłos i pojawiły się kolejne skargi ze strony innych wojskowych. Młody major armii amerykańskiej Colin Powell, który był w czasie wojny wietnamskiej asystent szefa sztabu operacji w dywizji ‘Americal’, otrzymał wówczas zadanie szczegółowego zbadania tej sprawy. Jednak jego relacja została potem określona mianem wybielania zdarzenia, którego szczegóły pozostawały w dalszym ciągu ukryte przed opinią publiczną. Osobą, która rozmawiała z żołnierzami kompanii Charlie, a potem wystosowała apele do Kongresu, Białego Domu i Pentagonu, był Ron Ridenhour, który wezwał do oskarżenia porucznika Calleya o morderstwo, co stało się we wrześniue 1968 roku.

Niezależny dziennikarz śledczy Seymour Hersh opublikował 12 i 20 listopada 1969 roku fotografie zabitych w Mỹ Lai cywilów. Rzeź umknęłaby uwadze szerszej publiczności, gdyby nie relacja jeszcze innego żołnierza, który niezależnie od Glena przesłał list do kongresmena ze swojego okręgu. Jak przyznał doradca do spraw bezpieczeństwa Henry Kissinger, zdjęcia przedstawiające oczywistą zbrodnię wojenną były zbyt szokujące, aby można było sprawę zatuszować. Henry Kamm, reporter New Yorka Times zbadał sprawę. Odnalazł świadków, którzy przeżyli masakry, według jego oceny zginęło 567 cywili. Informacje o masakrze, która wywołała oburzenie na całym świecie i przyczyniła się do spadku publicznego poparcia dla wojny wietnamskiej w USA. Dziennikarz Seymour Hersh opublikował całą historię po rozmowach z Ronem Ridenhourem.

Brak sprawiedliwości
17 marca 1970 roku roku oskarżono 14 oficerów armii amerykańskiej o zatajanie informacji związanych z tymi wydarzeniami. Przed sądem stanęło też 25 żołnierzy kompanii „Charlie”, w tym jej dowódca por. William Calley. Przesłuchano prawie 400 świadków w tej sprawi. W trakcie rozprawy Calley przekonywał, ze wypełniał jedynie rozkazy swojego dowódcy, kapitana Mediny, który zaprzeczył temu. 31 marca 1971 roku, porucznik Calley jako jedyny z kompanii skazał skazany na karę dożywotniego więzienia za zabójstwo z premedytacją 22 osób. Jednak dwa dni później prezydent Richard Nixon rozkazał wypuścić go z więzienia. Calley otrzymał 3,5 roku aresztu domowego w swojej kwaterze w Fort Benning w stanie Georgia. W 1974 roku został ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda.

Pamięć o wydarzeniu
Obecnie wydarzenia z Mỹ Lai zajmuje szczególne miejsce w amerykańskiej i wietnamskiej pamięci zbiorowej. W wiosce Tịnh Khê, w prowincji Quảng Ngãi w Wietnamie, wzniesiono pomnik poświęcony ofiarom masakry. Wielu żołnierzy amerykańskich, którzy byli w My Lai podczas masakry, przyjęło osobistą odpowiedzialność za mord na cywilach. Niektórzy z nich wyrazili skruchę.

16 marca 1998 roku, w Mỹ Lai, w 30. rocznicę masakry, zebrała się miejscowa ludność, rodziny ofiar, wietnamscy i amerykańscy weterani, w tym dwaj piloci pilotów Hugh Thompson i Lawrence Colburn, którzy na podkładach śmigłowców uratowali wiele cywilów. Mike Boehm, amerykański weteran, który brał udział w ustanowienia miejsca pamięci powiedział:
„Nie możemy zapomnieć o przeszłości, ale nie możemy też żyć gniewem i nienawiścią. W tym miejscu stworzyliśmy zielony park, kołyszący się, żywy pomnik pokoju„.

Głos zabrała również Phan Thi Nhanh, jedna z ocalonych z masakry, miała wówczas 14-lat:
„Nie mówimy, że zapominamy, staramy się nie myśleć o przeszłości, ale w naszych sercach zachowujemy pamięć o tym miejscu”.

W dniu 19 sierpnia 2009 r. porucznik Calley wygłosił publiczne przeprosiny za dokonanie masakry.